Samo słowo „skarpa” wydaje się polskie, początek brzmi znajomo, w środku smaczna świąteczna ryba, wszystko razem krótkie i proste. I w pewien sposób brzmieniem pasuje do tego, co oznacza: jakieś zsuwanie się połączone ze skakaniem. Podobne też do słowa „karpa”, oznaczającego „karcz”, „pniak z korzeniami” – tak bardzo podobne, że Sienkiewicz takie pniaki też „skarpami” nazywał. Niektórym przypomnieć się i jakieś „skarby” mogą, ale niekoniecznie. W sumie swojskie.

Po części tak i jest, ale po mniejszej części. Dawne, dziś nieużywane słowo „skarpa” było wariantem słowa „charpa” i do XVII wieku oznaczało wyraźną nierówność terenu, „dół”, „rozpadlinę”, też „urwisko”, a nawet „loch”. „Charpa” to coś chropowatego, szorstkiego, nierównego. W języku prasłowiańskim „charpa” było oboczne do „skarpa”, co odlegle kojarzy się z greckim skorpios i z łacińskim scorpio, które i w „skorpionie” słyszymy. U nas zresztą chropowata „chropucha” „ropuchę” później dała. Ale odejdźmy od nieprzyjemnych zwierząt. W każdym razie taka „skarpa” czy „charpa” była naturalna raczej, utworzona przez przyrodę.

Dzisiejsza jednak „skarpa”, choć tamte skojarzenia jej pomogły, wzięła się z włoskiego scarpa lub francuskiego escarpe i najpierw łączyła się z budownictwem, i to raczej wojskowym, bo to termin fortyfikacyjny, to „pochyłość wału, płaszczyzna spadzista przedpiersienia i tarasu wałowego, zamykająca jedną stronę rowu fortecznego”, potem dopiero ogólniej „pochyła ściana wykopu lub nasypu ziemnego”. I następnie „podpora murowana, wzmacniająca mur, przypora”, wreszcie „pochyły okop naokoło domu”. Owszem, jeszcze był „dół, jama”, ale to znaczenie odchodziło, a na wąwóz o urwistych brzegach mawiano raczej „szkarpa”. I na koniec niektóre słowniki podawały jeszcze jedno, specjalne znaczenie: „skarpa” to było „oddzielne urwisko brzegu Wisły”. I tylko Wisły.
Późniejsze słowniki, rzadziej się do wojskowości odwołując, wskazują najpierw na budowanie znaczenia, a współczesne widzą w „skarpie” głównie „naturalną spadzistą płaszczyznę terenu”, czyli „stok”. Z takiego stoku łatwo się stoczyć, a niemal odwieczna metaforyka, aksjologizująca dół i górę i przydająca im ocennej jednoznaczności, staczania się raczej nie popiera. Popatrzmy jednak na skarpę: a może ona wznosi się raczej, nie stacza? Muszę przyznać, że w moim widzeniu świata i Warszawy skarpa warszawska to miejsce raczej właśnie wznoszące się, sprawiające, że oczy kieruję z dołu do góry, nie z góry na dół, że patrzę jakby z poziomu Wisły.
A redakcji „Skarpy Warszawskiej” życzę stałego wznoszenia jej, tak jak gotyccy budowniczowie, inżynierowie tworzący fortyfikacje i współcześni architekci wznosili i wznoszą coraz to nowe skarpy.
Jerzy Bralczyk
Językoznawca, specjalista w zakresie języka mediów, reklamy i polityki. Doktoryzował się w 1973, habilitował w 1986, a tytuł profesorski uzyskał w 2000 roku. Wykłada m.in. w Instytucie Dziennikarstwa Uniwersytetu Warszawskiego.