„Gra atutami jest bardziej zgodna z naturą graczy – grać, aby wygrać – niż przemyślanym zabiegiem kompozycyjnym. (…) Gdy poznajemy rozdanie i licytujemy, co można zagrać, to przede wszystkim odszukujemy w sieci ulic i placów esplanady nadwodne i wyżynne. One są ciągami atutów.”
Czesław Bielecki
Czy metody projektowe, którymi przez lata posługiwali się urbaniści, mogą być jeszcze dzisiaj efektywne? Czy mieszkańcy mogą liczyć na to, że zawsze znajdzie się ktoś, kto za nich pomyśli? Rzecz o tym, że partycypacja społeczna jest elementem funkcjonowania społeczeństwa otwartego i w tym sensie jest dzisiaj koniecznością.
gra w miasto
Nie my pierwsi stawiamy takie pytania. Już starożytni grecy szukali na nie odpowiedzi. A ta była dla nich raczej oczywista: współtworzenie wspólnoty uważali bowiem za najlepszą formę życia – we wspólnocie ludzie działają wspólnie dla wspólnego dobra. Arystoteles za najprzedniejszą ze wspólnot uważał polis, czyli miasto. Uczestnictwo w kształtowaniu miasta miało być nauką oraz drogą do doskonałości dla każdego obywatela. Tę aktywną społecznie postawę filozof próbował uchwycić, definiując człowieka jako zoon politikon – zwierzę polityczne.
Co więc z tymi, którzy angażować się nie chcieli? Wszystkich stojących ‚z boku’ nazywano idiotes, czyli po prostu idiotami. Idioci to ci, których nie interesował wspólny interes. To ci, których nie interesowało dobro miasta. Wraz z takim właśnie zarzutem Sokratesowi podano kielich cykuty…
Czegoś powinien nas przykład Aten nauczyć. Chętnie deklarujemy nasze kulturowe pokrewieństwo z demokracją ateńską – chcemy demokracji – zapominamy jednak, że jej warunkiem jest ciągła aktywność obywateli. Demokracja nie jest dla idiotów. I nie dla idiotów jest miasto.
Tam gdzie mowa o wspólnocie i zaangażowaniu, o jakimś zbiorze jednostek działających wspólnie, stykamy się z zagadnieniem konfliktu: konfliktu interesów pomiędzy tymi jednostkami. Pora odrzucić utopie próbujące jasno wyznaczyć jakiś jeden wspólny cel czy interes publiczny. Nie ma takiego, a w każdym razie tu na ziemi nie jest możliwe wyartykułowanie go (co innego w Niebie). Przyjmijmy więc istnienie konfliktu jako niezbywalnej cechy współżycia ludzi, a także kształtowania miasta. Wymaga tego od nas praktyczna potrzeba.
Taka postawa skłania nas do opisu miasta za pomocą modelu Gry. Każda gra ma swoje zasady (co nie znaczy, że nie bywają one łamane) i swoich graczy (choć gracz graczowi nierówny). Zarówno gracze jak i zasady są historyczne, tzn. zmienne w czasie. A w grze, jak to w grach bywa, każdemu graczowi o to chodzi, żeby wygrać raczej niż przegrać.
(…)
skarpa
Graczem liczącym się nie będę ja, nie będziesz Ty. Ale znaczącą rolę odegrać może grupa, wspólnota. Wielka może być siła inicjatywy obywatelskiej. Grupę trzeba jednak zgromadzić, grupie przyświecać musi wspólny cel. Dlatego jestem przekonany, że warunkiem podstawowym skutecznego działania na rzecz jakiejś wartości, także przestrzennej, jest przede wszystkim zakorzenienie jej w świadomości ludzi!
Antropolog Elżbieta Rybicka zwraca uwagę na fakt, jak silny wpływ na nasze poznawanie, postrzeganie miejsc i zdarzeń mają pre-teksty (tkwiące w nas wyobrażenia, najczęściej mityczne i stereotypowe, „społeczne klisze widzenia, konwencje poznawcze (…) powielane w komunikacji społecznej”. Jako obrazowy przykład podaje wspomnienia subiekta Ignacego Rzeckiego. Czyż ze Skarpą nie jest podobnie? Trudno będzie o koronę skarpy dbać dopóty, dopóki warszawiacy nie docenią jej wartości. Dzisiaj olbrzymia większość w ogóle nie wie o czym mowa. A Gra w Miasto toczy się.
(…)
[powyżej przytoczono fragmenty pracy magisterskiej „Miasto na krawędzi – na krawędzi Miasta”, Artur Jerzy Filip, Warszawa 2009]